Wiosna - Lato na zamku
Historia Zamku
Zakon św. Jana
Galeria
Muzeum
Oferta
Kalendarium
Linki
Turystyka
Kontakt
Archiwum

Odwiedziło nas:

 
Zakon Braci Szpitalnych św. Jana Jerozolimskiego


Fratres Hospitalis sancti Ioannis Hierosolymianum





Reguła:

Oto jest Reguła św. Jana Jerozolimskiego, nadana przez papieża Lucjusza bratu Mistrzowi Rogerowi [des Moulins] i pozostałym braciom zakonnym.



Lucjusz, biskup, sług Bożych sługa, pozdrawia umiłowanego syna swego Mistrza Rogera i braci jego ze Szpitala w Jerozolimie i przekazuje im błogosławieństwo apostolskie. Im więcej z łaski Boga w służbie ubogich i dla wsparcia i pociechy chorych na co dzień czynicie, i o powszednich rzeczach zapominając, przykłady miłości chrześcijańskiej szerzycie, tym więcej miłujemy Zakon Wasz i tym milszy to dla nas obowiązek próśb Waszych wysłuchać. Zatem, umiłowani synowie w Panu naszym, przyjmujemy prośbę Waszą i abyście z jeszcze większym oddaniem się trudzili, potwierdzamy regułę, którą Rajmund, świętej pamięci Mistrz Wasz, wspólną wolą Rady i za wiedzą Kapituły sporządził, a papież Eugeniusz, świętej pamięci nasz poprzednik, co nam wiadomo, mocą apostolską zatwierdził. Utwierdza nas to w wierze, którą od Jezusa Chrystusa w Bogu mamy, że tak jako Reguła św. Augustyna dla zbawienia duchownych zakonnych została sporządzona, tak Wy, kiedy Reguły Waszej przestrzegać będziecie, zbawienia wiecznego dostąpicie. Poza tym, co już nazwane, potwierdzamy dane przez Radę stosowne środki dla leczenia chorych i dla utrzymania w budynku Szpitala pięciu lekarzy i czterech chirurgów, którzy otrzymają jadło i wszelkie niezbędne rzeczy w Waszym piśmie wymienione. Zarazem surowo zakazujemy, by rzeczy te ktokolwiek zawłaszczał lub wymieniał na inne w celu pomnożenia majątku.



W imię Boże ja, Rajmund, sługa ubogich i przełożony Szpitala Jerozolimskiego, zasięgnąwszy rady całej Zgromadzenia, zarówno braci duchownych, jak i świeckich, ustanowiłem te oto przykazania w Domu Zakonnym Szpitala Jerozolimskiego:



O ślubach, jakie bracia winni składać



Po pierwsze: nakazuję, by wszyscy bracia w służbie ubogich przestrzegali z pomocą Boską trzech obietnic, które Bogu złożyli, a zatem czystości i posłuszeństwa, co oznacza wykonywanie wszelkich poleceń zwierzchności, i życia bez mienia; Bóg albowiem rozliczy ich z tych trzech obietnic w dniu Sądu Ostatecznego.



O tym, co się braciom należy



I niechaj nie żądają więcej nad to, co im się należy, a więc chleba, wody i szat, bo tylko to im przyobiecano. A ubiór ich niechaj będzie skromny, albowiem ubodzy Pana naszego, których sługami się mienimy, nago chadzają. Byłoby rzeczą złą i niewłaściwą, gdyby sługa nosił się dumnie, jeśli pełen pokory jest jego pan.



O zachowaniu się braci podczas nabożeństw i odwiedzin u chorych



Co więcej, nakazuje się, aby w kościele zachowywali się uroczyście, a ich postępowanie było stosowne, to znaczy, aby klerycy, diakoni i subdiakoni usługiwali kapłanowi przy ołtarzu w białych szatach; jeśli zaś zajdzie taka potrzeba, inny kleryk może odprawiać nabożeństwo. I żeby zawsze było światło w kościele, i w dzień i w noc. Nakazuje się też, by kapłan szedł odwiedzać chorych w białych szatach, z czcią niosąc Pana naszego, a diakon lub subdiakon, a przynajmniej akolita szedł przed nim, niosąc latarnię z płonącą świecą i gąbkę z wodą święconą.



O zachowaniu się braci w świecie



Co więcej, kiedy bracia mają wyruszyć do zamków i miast, niechaj nie jadą sami, ale z drugim bratem lub dwoma braćmi; i to nie z tymi, z którymi sami by pragnęli, ale z tymi, których Mistrz wyznaczy. A gdy dosięgną celu swej wędrówki, niechaj będą stale razem, jednacy w zachowaniu i w ubiorze. I niechaj niczego nie uczynią, co mogłoby obrazić cudze oczy, ale to jedynie, co ukaże ich bojaźń Bożą. A jeśli będą w kościele, w domu, lub jakimkolwiek innym miejscu gdzie są białogłowy, niechaj zachowają mądrość i nie pozwalają im umyć głów swoich ani stóp swoich, ni przygotować sobie posłań. Oby Pan nasz, żyjący wśród świętych, ich w tym utwierdził.



O tym, kto i jak ma prosić o jałmużnę



Niechaj wszyscy pobożni, tak bracia duchowni, jak i świeccy, wyruszą i zbierają na jałmużnę dla świętych naszych ubogich; a gdy prosić będą o schronienie, niechaj pójdą do kościoła lub jakiego uczciwego człowieka i poproszą o jadło dane z miłosierdzia, a sami niech niczego nie kupują. Atoli jeśli nie znajdą nikogo, kto im da co niezbędne, niechaj oszczędnie jeden tylko posiłek kupią i nim się żywią.



O otrzymanej jałmużnie i żywności z domów zakonnych



Takoż niechaj z jałmużny nic dla siebie nie biorą, lecz oddadzą ją Mistrzowi, z rachunkiem na piśmie, a ten niech odda z własnym rachunkiem na piśmie ubogim w szpitalu. I niech Mistrz otrzymuje z wszystkich zgromadzeń trzecią część chleba i wina, i wszelkiego jadła; a to co pozostanie, niech będzie jałmużną dla biednych w Jeruzalem, wraz z rachunkiem na piśmie.



O tym, kto i jak winien wyruszyć w świat, by głosić Ewangelię



I niechaj żaden z braci, z którego by nie był zgromadzenia, nie wyrusza w świat głosić Ewangelię lub zbierać datki, ale ci tylko, których wyznaczy Rada i Mistrz. I niechaj ci właśnie bracia, którzy mają zbierać datki, przyjmowani będą w każdym zgromadzeniu, które odwiedzą, i niechaj dostaną jadło takie, jakie bracia tam dostają; i niechaj nie żądają innego. Takoż niechaj noszą ze sobą światło i w której by nie stanęli oberży, niechaj zadbają, aby paliło się przed nimi światło.



O ubiorze i jadle u braci



Nadto zabraniamy też braciom noszenia jaskrawych szat, futer zwierzęcych lub barchanu. I niechaj nie posilają się częściej niż dwakroć na dzień, i niechaj nie spożywają mięsiwa w środy i soboty ani między niedzielą staro zapustną a Wielkanocną, z wyjątkiem tych, którzy są chorzy lub osłabieni; i niechaj nigdy nie kładą się na spoczynek nadzy, ale odziani w koszulę albo len lub wełnę, czy w inne podobne rzeczy.



O braciach winnych grzechu cielesnego



A jeżeli którykolwiek z braci - co oby nigdy się nie zdarzyło - przez grzeszną namiętność zostanie do grzechu cielesnego przywiedziony, to: jeśli zgrzeszył w sekrecie, niechaj pokutuje w sekrecie i nałoży na siebie stosowną pokutę. Lecz jeśli wyjdzie to na jaw i będą na to dowody, to w mieście gdzie zgrzeszył, w niedzielę po mszy, kiedy ludzie wyjdą z kościoła, niechaj będzie mocno bity kijem lub chłostany skórzanym batogiem na oczach wszystkich przez Zwierzchnika swego lub braci wyznaczonych przez Zwierzchnika, i niechaj wydalony zostanie z grona naszego. A gdy potem Pan nasz oświeci serce tego grzesznika i powróci on do Domu Ubogich i wyzna, że zgrzeszył i złamał prawo Boskie i obieca poprawę, winien być przyjęty i przez rok traktowany jak obcy, a bracia winni baczyć na jego poprawę, a potem niechaj uczynią, co zda im się dobre.



O swarach i bójkach między braćmi



Takoż, gdy któryś z braci posprzecza się z innym, a Prokurator Konwentu rozpatrzy skargę, pokuta ma być następująca: winny ma pościć przez siedem dni, w środę i w piątek być o chlebie i wodzie i niechaj jada na ziemi bez stołu i serwety. A jeśli brat zrani innego brata, pościć ma przez dni czterdzieści. A jeśli oddali się z Konwentu lub od Zwierzchnika, któremu podlega, umyślnie i bez zezwolenia, a później powróci, niechaj jada przez czterdzieści dni siedząc na ziemi, w środy i piątki ma być o chlebie i wodzie. I niechaj przez tyle dni, ile go nie było, traktowany będzie jak obcy, chyba że okres ten był tak długi, że Zgromadzenie będzie uważało za słuszne go skrócić.



O milczeniu braci



Takoż przy stole, jak mówi Apostoł, niech każdy pożywa chleb swój w ciszy, i niechaj nie pije po Komplecie. Takoż w łożnicy niech spoczywa w milczeniu.



O braciach, co źle czynią



Jeśli zaś któryś z braci źle się zachowa, a upomniany i ukarany zostanie po dwakroć lub po trzykroć przez Zwierzchnika lub innych braci i jeśli, za podszeptem Diabła, nie posłucha i nie poprawi się, to winien być wysłany do nas pieszo z meldunkiem o grzechu swoim na piśmie. Zawsze dać mu trzeba trochę jadła, tyle jeno, by mógł do nas dotrzeć, a my go ukarzemy. Żaden brat nie powinien uderzyć brata służebnego mu przydzielonego za jakąkolwiek przewinę czy grzech, ale pozwolić zwierzchnikowi Domu albo bratu skarcić go w obecności wszystkich. I niech zawsze prawa Domu równo dotyczą wszystkich.



O braciach, u których znaleziono mienie osobiste



A jeśli któryś z braci, któremu Mistrz pierwej mienie odebrał, na łożu śmierci miałby rozporządzić mieniem swoim, oznacza to, że ukrył je przed zwierzchnością. I jeśli wyzdrowieje, a mienie zostanie u niego znalezione, niech pieniądze te zostaną przywiązane do szyi jego i niechaj będzie prowadzony nagi przez Szpital w Jeruzalem lub inny konwent, gdzie zamieszkuje, i niechaj będzie mocno wychłostany przez innego brata, i niechaj pokutuje przez czterdzieści dni, i niechaj będzie o chlebie i wodzie w środy i piątki.



O obrządkach, jakie powinno się odprawiać za zmarłych braci



Przede wszystkim rozporządzamy, a jest to ustęp dla nas najkonieczniejszy, aby przestrzegano pilnie nakazu odśpiewania trzydziestu mszy za duszę każdego brata, który umrze w naszym zgromadzeniu. A w czasie pierwszej z nich każdy z obecnych braci ma ofiarować świeczkę i jednego denara. Które to denary, tyle ile ich będzie, winny być oddane biednym na chwałę Boga. A kapłan odprawiający msze, jeśli będzie spoza Konwentu, winien dostać utrzymanie w zgromadzeniu na te dni. A po zakończeniu obrządku Zwierzchnik winien dać rzeczonemu kapłanowi datek, a całą odzież zmarłego brata rozdać biednym. I niech każdy z braci kapelanów, którzy będą śpiewać msze, modli się za duszę brata do Pana naszego Jezusa Chrystusa i niech każdy z kleryków odśpiewa Psałterz, a każdy z braci świeckich odmówi Ojcze Nasz po stokroć i pięćdziesiąt razy.

Co się zaś tyczy wszystkich innych grzechów i spraw, i skarg, niech rozpatrzą je w Zgromadzeniu i słusznie osądzą



O tym, jak rzeczy tu wyszczególnione mają być przestrzegane



W imię Boga Najwyższego i Błogosławionej Maryi Dziewicy, w imię Błogosławionego św. Jana i ubogich nakazujemy, aby wszystkie te rzeczy, tak jak wyszczególniliśmy je wyżej, były najsurowiej przestrzegane.



O tym, jak winno się przyjmować naszych Panów, chorych, i jak im usługiwać



A w zgromadzeniach, w których Mistrz i Zgromadzenie Szpitala na to pozwoli, kiedy chory człowiek do nich trafi, niechaj będzie tak oto przyjęty: niechaj przyjmie Sakrament Święty, uprzednio wyznawszy grzechy swoje kapłanowi; następnie niech zaniosą go do łoża, tak jakby był panem, i codziennie zanim bracia sami zjedzą, niech nakarmią go stosownie do możliwości konwentu.

I niech w każdą niedzielę w konwencie odczytają list apostolski, i odśpiewają Ewangelię, i niech pokropią Dom wodą święconą w czasie procesji. Takoż jeśli któryś z braci, który w innych krajach mają swe zgromadzenie, sprzymierzy się ze świecką osobą i spiskuje, i pieniądze ubogich wyda, aby zbuntować innych przeciw Mistrzowi, niech taki brat wydalony będzie ze zgromadzenia.



O sposobie wzajemnej naprawy braci



Takoż, jeśli dwaj bracia przebywają razem i jeden z nich zachowa się niegodnie i źle, niechaj ten drugi nie wydaje go ludziom ani Przeorowi, ale pierwej ukarze go sam, a gdyby się temu opierał, niech wezwie dwóch lub trzech braci, by go wspólnie ukarać. I jeśli ów się poprawi, niech się radują. Ale jeśli nie chce się poprawić, niechaj brat ten spisze owego przewiny i potajemnie prześle Mistrzowi, a ten wraz ze Zgromadzeniem wydadzą stosowne polecenia co do złoczyńcy.



O oskarżaniu jednego brata przez drugiego



Niechaj jeden brat nie oskarża drugiego brata, chyba że może udowodnić przewiny jego. A jeżeli oskarży i nie będzie mógł udowodnić, nie jest bratem.



O znaku krzyża na szatach braci



Takoż niechaj wszyscy bracia ze wszystkich zgromadzeń, którzy od teraz ofiarują się Bogu i Świętemu Szpitalowi w Jeruzalem, noszą na szatach na płaszczach krzyż dla chwały Boga i Krzyża Świętego i niechaj przez swoją wiarę i czyny i posłuszeństwo chronią nas na duszy i na ciele, wraz z wszystkimi chrześcijańskimi dobroczyńcami, przed mocą piekielną na tym i na tamtym świecie. Amen.



I życzymy sobie, i nakazujemy, aby oprócz wszystkich wzmiankowanych rzeczy, postanowienie, które ty Rogerze, synu nasz umiłowany, za zgodą Zgromadzenia powziąłeś co do jadła dla chorych, którzy często wskutek nieodpowiedniego pożywienia nabawili się nieuleczalnych chorób, to znaczy, że każdy chory ma otrzymać to, czego wymaga jego choroba i co spisane zostało w księdze, w przyszłości ma być ściśle przestrzegane, co potwierdzamy niniejszym pismem. W taki sposób postanawiamy, aby z wszystkich ludzi nikt się nie ważył nasz zakaz i nasze postanowienie unieważnić, lub podstępnym sposobem przeciw nam wystąpić. I jeśli jakaś osoba, duchowna lub świecka, pozna treść naszego postanowienia i zakazu i w podstępny sposób zechce przeciw nim działać, to jeśli po raz drugi i trzeci bez odpowiedniego zadośćuczynienia tak zrobi, niechaj poczuje na sobie gniew Boga, Ojca Wszechmogącego i jego świętych apostołów Piotra i Pawła. Amen!



Spisane w Weronie ręką Alberta, kapłana świętego Kościoła Rzymskiego, kardynała i kanclerza, w roku narodzenia Pana naszego 1185, w czwartym roku pontyfikatu papieża Lucjusza III.

Jest to wierny odpis ustanowionej przez papieża Lucjusza i bullą opatrzonej reguły.



Historia Zakonu św. Jana



Początki joannitów



JOANNICI - Pełna nazwa to: Rycerze Szpitala Jerozolimskiego św. Jana Chrzciciela (Milites hospitalis sancti Johannis Boptistoc Hierosolymitam); od kolejnych siedzib państw zakonnych nazywano ich też kawalerami rodyjskimi i kawalerami maltańskimi. Początki joannitów, drugiego w Królestwie
Jerozolimskim zakonu rycerskiego, były inne niż templariuszy. Joannici bowiem wywodzili się z działającego w Jerozolimie bractwa charytatywnego. Mieli więc swoją „prehistorię", sięgającą jeszcze okresu przedkrucjatowego. Około połowy XI wieku grupa kupców włoskich z Amalfi, prowadzących
handel ze Wschodem, założyła w muzułmańskiej jeszcze wówczas Jerozolimie klasztor Matki Boskiej Łacińskiej (Sancta Maria Latina). Przy nim zaś utworzono szpital i hospicjum (schronisko) dla pielgrzymów oraz kupców, przybywających z Europy na Wschód.



Ta skromna początkowo fumdacja łacinników, działająca na obcym etnicznie i religijnie terenie, zmieniła całkowicie swój charakter po utworzeniu Królestwa Jerozolimskiego. Zależne początkowo od klasztoru Matki Boskiej Łacińskiej bractwo szpitalne usamodzielniło się szybko. Za rządów Gerarda, który stał na czele bractwa w okresie pierwszej krucjaty, przekształciło się ono w nową organizacją
religijną, z własnymi zasadami życia i odrębnymi zadaniami. Nowe bractwo przyjęło nazwą Szpitala św. Jana Chrzciciela. Okazało się organizacją bardzo użyteczną dla najeźdźców a Europy. Gerard i jego bracia znali dobrze kraj i mieszkańców, oddali więc krzyżowcom cenne usługi przy podboju Palestyny



Ważniejsza jeszcze od roli informatorów, przewodników i szpiegów była opieka nad pielgrzymami i przybyszami z Europy, którzy stanowili przecież cenne uzupełnienie ciągle szczupłych sił wojskowych Królestwa Jerozolimskiego. Szpitalnicy zapewniali im dach nad głową i opieką w wypadku choroby. Wszystko to sprawiło, że bractwo Szpitala św. Jana cieszyło się opieką i poparciem pierwszych władców Jerozolimy, papiestwa i feudalnego rycerstwa. Król Baldwin I wydzielał im zwykle
część łupów wojennych. Zaczęli oni również otrzymywać ziemskie posiadłości, które systematycznie się powiększały. Już za rządów Gerarda, który zmarł około 1119/1120 roku, Szpitalowi św. Jana w Jerozolimie podlegało kilka hospicjów i szpitali w Syrii oraz w Europie. Głównym zadaniem bractwa była ciągle jeszcze działalność charytatywna: opieka nad ubogimi, pielgrzymami i chorymi.

Dalsze zmiany nastąpiły w bractwie za czasów mistrza Rajmunda du Puy, pochodzącego z francuskiej rodziny rycerskiej, który kierował Szpitalem blisko 40 lat (ok. 1120-1160). Bractwo szpitalników przekształciło się wówczas z luźnej organizacji charytatywno-religijnej w zakon. Co więcej, za wzorem templariuszy stali się joannici zakonem rycerskim. I obok zwykłych ślubów zakonnych składali jeszcze
dodatkowy — ślub nieustannej walki z niewiernymi. Jednocześnie prawie z templariuszami joannici uzyskiwali również przywileje prawne od papieży, które gwarantowały im swobodą w zarządzie wewnętrznym zakonu, uwalniały spod władzy patriarchy Jerozolimy, biskupów i innych przedstawicieli hierarchii kościelnej, a poddawały zakon jedynie zwierzchnictwu papieża. Począwszy od bulli
Anastazego IV z 1154 roku mnożyły się przywileje papieskie dla joannitów. Istniała nawet rywalizacja między templariuszami a joannitami o względy Rzymu; jeśli jeden zakon otrzymał jakiś przywilej papieski, drugi natychmiast prosił o to samo. Praktyczni joannici utrzymywali przy kurii papieskiej czasowych, a potem stałych prokuratorów, którzy pilnowali w Rzymie interesów zakonu i ciągle zabiegali o nowe przywileje lub zatwierdzenie starych. Papieże zaś nie odmawiali, zależało
im bowiem na tym, aby zakony rycerskie uczynić organizacjami potężnymi i suwerennymi, niezależnymi od lokalnych władz kościelnych. W ten sposób stawały się one oddziałami bojowymi Kościoła, zależnymi wyłącznie tylko od papieża. W razie potrzeby mogły być użyte do realizacji papieskich planów zwierzchności nad Europą i ekspansji chrześcijaństwa. Ale nie tylko te powody decydowały o
życzliwości papieży dla joannitów. Prócz tego działały tu również motywy bardziej konkretne i prozaiczne. Każdy przywilej był sowicie opłacany z bogatych szkatuł zakonnych, a ich rozdawnictwo przynosiło papieżom znaczne korzyści finansowe.

Organizacja zakonu joannitów była podobna do organizacji zakonu templariuszy. A schemat ten powtarza się zresztą u wszystkich zakonów rycerskich i stowarzyszeń, będących ich kontynuacją.
Na czele zakonu stał więc wielki mistrz, obierany spośród braci-rycerzy. Kierował on działalnością zakonu i przewodniczył obradom kapituły generalnej, która była najwyższym organem „ustawodawczym" i decydowała o najważniejszych sprawach społeczności zakonnej. Urząd wielkiego mistrza był stanowiskiem atrakcyjnym. Mistrz miał władzę i wpływy znacznie większe od
niejednego księcia czy króla, a sposobem życia też się niewiele od nich różnił. Miał bowiem pokaźny zastęp służby osobistej i dysponował bez ograniczeń własnymi zasobami pieniędzy, złota i srebra. Nie każdy jednak rycerz zakonny mógł ten urząd osiągnąć. Postanowienia kapituły generalnej z 1262 roku mówią wyraźnie, że wielkim mistrzem mógł być tylko człowiek „urodzony legalnie ze szlachetnych rodziców". Chętnych jednak było zawsze wielu. W tej społeczności ludzi twardych i zdecydowanych dochodziło często do sporów i bójek przy wyborach. Aby temu choć w części zapobiec, jedna z kapituł generalnych (1283) postanowiła, że w domu, gdzie odbywa się wybór wielkiego mistrza, nikt w
okresie elekcji nie może mieć przy sobie jakiejkolwiek broni ani jej przechowywać. Wielki mistrz miał do pomocy radę składającą się z kilku wielkich dygnitarzy, kierujących poszczególnymi dziedzinami działalności zakonnej. Należeli do nich: wielki komandor, marszałek, wielki szpitalnik, wielki szatny (drapier), wielki kanclerz, admirał, wielki przeor. Oczywiście, dygnitarzy przybywało w miarę
rozwoju zakonu i coraz większej aktywności joannitów, przede wszystkim militarnej. Szybki wzrost posiadłości zakonnych, powstawanie ufortyfikowanych domów-klasztorów w różnych częściach Europy (również w Polsce) spowodowały konieczność podziału zakonu na prowincje, zwane „językami" (W różnych okresach dziejów zakonu istniały następujące „języki": Prowansja, Owernia,
Francja, Wiochy, Aragon, Niemcy, Anglia, Kastylia i Portugalia.. Dzieliły się one z kolei na przeoraty, a te zaś na komandorie.)


Strój zakonny został ostatecznie ustalony przez papieża Aleksandra IV w 1259 roku i składał się z czarnego habitu oraz takiego samego koloru płaszcza z kapturem. Na habicie i płaszczu po lewej stronie naszyty był biały ośmiorożny krzyż. Krzyż ten, o charakterystycznym kształcie, był symbolem joannitów już za czasów mistrza Rajmunda du Puy. Zakon używał go w nie zmienionej formie przez
cały czas swego istnienia. Dziś ta forma krzyża nazywana jest krzyżem maltańskim.


Bracia-rycerze w czasie pokoju nosili czarny płaszcz z białym krzyżem. Statuty zakonne karały tych, którzy przechodząc przez miasto nosili płaszcz w ten sposób, aby widoczne były pod nim miecz i sztylet. Do walki natomiast rycerze nakładali na zbroję czerwoną tunikę z białym krzyżem zakonnym. Zwyczaj noszenia na zbrojach lekkich tunik, bez rękawów, z otworami na głowę i ramiona, był wówczas powszechny. Na Wschodzie było to koniecznością, tunika bowiem chroniła pancerz
przed nadmiernym nagrzaniem od promieni słonecznych. Statuty zakonne nakazywały tutaj umiar i prostotę. Zabraniano używania tkanin ze złotą lub srebrną nitką. Również wszelkie kosztowne ozdoby przy siodle, uprzęży lub na broni były surowo zakazane.

Podobnie jak członkowie innych zakonów rycerskich dzielili się joannici na trzy klasy mnichów, różniących się urodzeniem, pozycją w zakonie i zajęciami. Klasę pierwszą i najważniejszą tworzyli bracia-rycerze, szlachetnie urodzeni, przeznaczeni do rzemiosła wojennego i kierowania zakonem. Bracia służebni pełnili funkcje pomocnicze przy rycerzach, zajmowali się działalnością gospodarczą i charytatywną. Wreszcie bracia kapelani, duchowni różnych stopni, zajmowali się kultem religijnym,
opiekowali się chorymi i pielgrzymami.

Pierwszym celem zakonu była opieka nad ubogimi, pielgrzymami i chorymi. Stopniowo jednak coraz większego znaczenia zaczęła nabierać działalność militarna joannitów. Już w 1137 roku król Fulko z Anjou, jeden z najwybitniejszych władców na tronie jerozolimskim, dał zakonowi ważną strategicznie twierdzę nadgraniczną Gibelin, chroniącą królestwo od strony Egiptu. Powierzenie obrony granicy
joannitom dowodzi, że istniała w zakonie grupa doświadczonych rycerzy, którzy zajmowali się rzemiosłem wojennym. Ta grupa braci-rycerzy szybko zaczęła odgrywać najważniejszą w zakonie rolę. Rycerski zaś obyczaj i ekskluzywność stanowa coraz bardziej określały życie społeczności zakonnej i kształtowały postawę joannitów.

Uchwały kapituł generalnych — najwyższej władzy prawodawczej — pokazują, że zagadnienia wojskowe były przedmiotem szczególnej troski władz zakonu. Dokładne przepisy regulowały wszystkie sprawy związane z posiadaniem przez braci-rycerzy uzbrojenia, koni i służby. Dużo uwagi poświęcano też rekrutacji nowych członków do grupy braci-rycerzy. Coraz więcej warunków stawiano ubogim rycerzom, natomiast synom możnych rodzin feudalnych — przeciwnie — ułatwiano
wstęp do zakonu. Zredukowano dla nich okres próbny przed przyjęciem, dzieci zaś możnych, które według częstego wówczas zwyczaju wychowywane były w domach joannitów, mogły po osiągnięciu dojrzałości otrzymać płaszcz rycerza zakonu bez trudności i dalszych prób. Również warunek pochodzenia z legalnego łoża, stawiany przyjmowanym do zakonu rycerzom, nie dotyczył synów książąt i wielkich panów. Tylko wyższe urzędy w zakonie były dla bękartów niedostępne

POTĘGA I WPŁYWY JOANNITÓW



W środowisku feudałów europejskich joannici szybko stali się popularni. Byli instytucją kościelną o dużej niezależności, gdzie młodsi synowie rodzin feudalnych, pozbawieni dziedzictwa i urzędów, mogli zrobić wielką karierę wojskową i polityczną, a przynajmniej mieli zapewnione dostatnie życie, zgodne z wymogami stanu rycerskiego. Chętnie więc członkowie możnych rodów feudalnych i rodzin rycerskich, dla których zabrakło już ziemi i władzy, przyjmowali habit zakonny. Nie tracili oni kontaktu ze swymi krewnymi, a te powiązania rodzinne umożliwiły joannitom uzyskanie w świecie chrześcijańskim dużych wpływów. Środki oddziaływania zakonu były zresztą różne. Na przykład władze zakonne pozwalały braciom obejmować urzędy świeckie i różne funkcje na dworach możnych lub władców. Bracia ci byli nawet zwolnieni od walki z niewiernymi. Musieli tylko w razie mobilizacji sił wojskowych zakonu posłać wielkiemu mistrzowi swoje konie, uzbrojenie i pieniądze potrzebne na wyprawę.
Potęgę i wpływy w Europie zakon zawdzięczał również dużej liczbie członków afiliowanych, żyjących poza domami zakonnymi, ale związanych z zakonem i korzystających z jego przywilejów kościelnych. Należeli do nich zarówno mężczyźni, jak i kobiety, nazywano zaś ich confratres (współbracia) i consorores (współsiostry). Najczęściej byli nimi członkowie rodzin monarszych, książęcych i możnowładczych. W zamian za zapisy testamentowe, bogate darowizny ziem, dochodów, pieniędzy
przyjmowano ich do wspólnoty zakonnej i mogli oni w ten sposób korzystać ze wszystkich przywilejów braci zakonnych. Joannitom instytucja konfratrów przynosiła dużo pożytku. W ten sposób zakon nie tylko poszerzał znacznie swoje wpływy, ale powiększał też swoje ziemie i dochody.

Wzrost potęgi i bogactwa zakonu był ostatnią i najważniejszą zmianą, jaka nastąpiła w dziejach skromnego początkowo bractwa Szpitala św. Jana w Jerozolimie. Jak dużą rolę w życiu i w działalności zakonu odgrywały pieniądze, pokazuje umowa, którą w 1168 roku zawarł król jerozolimski Amalryk I z joannitami przed planowaną wyprawą na Egipt. Zakon zobowiązał się wówczas dostarczyć królowi 500 rycerzy i kilka razy więcej lekkozbrojnych turkopolów. Król natomiast obiecał joannitom przysłowiowe złote góry. Po zdobyciu Egiptu mieli oni otrzymać na własność miasto Bilbais (niedaleko Kairu) z całym okręgiem, które — jak obliczono — przynosiło
rocznie 100 000 złotych bizantów dochodu. Do tego z dziesięciu innych miast egipskich miała być wpłacana rocznie do kasy zakonu łącznie suma 50 000 bizantów. Wreszcie król przyrzekał joannitom dziesiątą część łupów wojennych i skarbu kalifa, jeśli wpadnie on w ręce łacinników. Ta gigantyczna transakcja nie została do końca zrealizowana z tej prostej przyczyny, że Amalryk I nie zdołał podbić
Egiptu. Ale i tak umowa jest interesującym świadectwem, choć pozostała tylko na pergaminie. Odsłania ona prawdziwe motywy działania joannitów. Tak samo jak uczestnicy krucjat nie walczyli oni dla samej idei. Walkę z niewiernymi joannici traktowali jak dobry interes, który powinien przynieść konkretne korzyści w postaci nowych posiadłości, łupów i dodatkowych dochodów.

Dochody zakonu płynęły właśnie przede wszystkim z ogromnych posiadłości joannitów, które znajdowały się zarówno na Wschodzie, jak i w Europie. Prócz majątków ziemskich, z należącą do nich ludnością chłopską, własnością zakonu były również domy i place w miastach, kramy i hale targowe, piekarnie, łaźnie, młyny, ogrody, winnice, kamieniołomy, a nawet saliny nad morzem, gdzie
przez odparowywanie wody morskiej uzyskiwano sól. Wszystko to przynosiło joannitom olbrzymie dochody. Ponadto spore sumy pieniędzy zakon uzyskiwał również z innych źródeł. Na przykład w Akce i Tripoli część opłat ceł portowych szła do kasy joannitów. W niektórych okolicach zbierali oni dziesięcinę, w innych znów ściągali do swoich szkatuł podatek płacony przez muzułmanów. Wreszcie niemałe sumy płynęły do kasy zakonu z łupów wojennych i z okupu za jeńców. Warto tu powiedzieć, że na wykup własnych ludzi, wziętych do niewoli, joannici nie przeznaczali ani grosza. Była to zresztą zasada stosowana przez wszystkie zakony rycerskie na Wschodzie. Dlatego bardzo rzadko zdarzało się, iż wzięci do niewoli rycerze zakonni wracali do swoich. Częstsze już były wypadki przejścia na
mahometanizm i próby ułożenia sobie życia w nowych warunkach.

Wzorem templariuszy joannici zajmowali się również operacjami finansowymi, pośrednicząc często w przekazywaniu sum pieniężnych z Europy do Królestwa Jerozolimskiego. Czasem także służyli możnym pielgrzymom pomocą przy organizowaniu pobytu w Ziemi Świętej. Około roku 1168, na przykład, książę węgierski wpłacił do kasy joannitów 10 000 bizantów, aby ci kupili w Królestwie Jerozolimskim posiadłości, gdzie książę mógłby przebywać w czasie swojej pielgrzymki. Po zakończeniu podróży księcia miały one przejść na własność zakonu. W liście do księcia — pisanym po dokonaniu wpłaty — wielki mistrz wyjaśnia, że nie mógł kupić nic odpowiedniego w okolicach Jerozolimy. Daje jednak do dyspozycji księcia kilka posiadłości zakonnych, położonych niedaleko świętego miasta. Gdyby zaś dostojny pielgrzym chciał rezydować w Akce, może kupić tu za 6000 bizantów pałac, cztery domy i folwark w pobliżu. Całość tej posiadłości przynosi 1100 bizantów rocznego dochodu — pisał w zakończeniu wielki mistrz. Uderzają w tej korespondencji dobra orientacja w sprawach gospodarczych
i staranne obliczenie zysków. Podobne układy prowadzili joannici z królem czeskim Władysławem II, któremu ofiarowano na rezydencję zamek zakonny Crac des Chevaliers, położony w hrabstwie Tripoli.

Joannici i templariusze zajmowali się nadto przewozem morskim pielgrzymów i krzyżowców. Było to zajęcie przynoszące duże zyski i początkowo zajmowali się nim tylko kupcy portowych miast włoskich i południowo francuskich. Dopiero w pierwszych dziesiątkach lat XIII wieku zaczęły się pojawiać w Marsylii okręty do przewozu pielgrzymów, należące do zakonów rycerskich. Trzeba pamiętać, że
podróże morskie nie były wówczas bezpiecznym przedsięwzięciem. Pomijając już niedoskonałość sprzętu, burzliwą pogodę i sztormy, a także ciągłe zagrożenie chorobami i epidemią wśród stłoczonych na okrętach i źle odżywianych ludzi, poważnym niebezpieczeństwem byli piraci. A właśnie Morze Śródziemne było tradycyjnym siedliskiem rozbójnictwa morskiego. Walki zaś chrześcijan z
muzułmanami jeszcze ułatwiały działania piratów. W tej sytuacji okręty joannitów i templariuszy, dobrze uzbrojone i mające zaprawioną w bojach załogę, zapewniały większe bezpieczeństwo przejazdu. I zapewne dlatego okręty zakonów rycerskich cieszyły się dużym powodzeniem, konkurując skutecznie w przewozie pielgrzymów i krzyżowców z okrętami kupców marsylskich. Doprowadziło to do
sporów zakończonych w 1234 roku ugodą między Marsylią a zakonami rycerskimi. Dwa razy w roku (w marcu i we wrześniu) każdy zakon mógł w Marsylii załadować jeden okręt z 1500 pielgrzymami, a więc rocznie mogli joannici i templariusze przewieźć 6000 osób.

Okręty przez nich używane musiały być duże. Należały one zapewne do typu tzw. usserii (wrotowców), to jest przeznaczonych do transportu ludzi i koni. W tylnej części takiego okrętu znajdowały się szerokie wrota, przez które wprowadzano konie. Mieścił się w nich również swobodnie rycerz na koniu. Usseria zabierała zwykle na pokład około 600 ludzi i 250 koni, a załoga wynosiła co najmniej 50 ludzi. Były jednak i większe, które mieściły około 1000 podróżnych. Usserie
joannitów i templariuszy, zabierające na pokład 1500 osób, należały do największych okrętów. Zaopatrywano je zwykle w machiny miotające kamienie i pociski zapalające, dla zwalczania okrętów pirackich. Widok takich olbrzymów sunących po morzu był naprawdę imponujący. Na kasztelach i burtach zawieszano zwykle tarcze herbowe rycerzy i barwne znaki podróżnych malowane
na deskach. W czasie wiatru tak łomotały, że Joinville — sekretarz króla Ludwika IX — porównywał ten dźwięk do grzmotu.

Joannici i templariusze nie ograniczyli się tylko do transportu pielgrzymów z Marsylii. Okręty obu zakonów spotyka się także w innych wielkich akcjach transportowych okresu krucjat. Kiedy na przykład król francuski Ludwik IX planował swoją pierwszą wyprawę krzyżową w 1246 roku, wśród okrętów, które miały przewieźć armię krzyżowców, znajdowały się również okręty obu zakonów
rycerskich.

Zarobione w różnych transakcjach finansowych i handlowych pieniądze joannici — przeciwnie jak templariusze — lokowali w posiadłościach ziemskich. Istniejące już majątki, darowane lub zdobyte, powiększali ciągle przez nowe zakupy. W rezultacie do zakonu należały duże dobra we wszystkich prawie krajach europejskich, a na Wschodzie joannici byli największymi posiadaczami ziemskimi
wśród zakonów rycerskich. Z ziem leżących na pograniczu tworzone były kolonie wojskowe, całkowicie zależne od władz zakonnych. Również w hrabstwie Tripoli i księstwie Antiochii posiadłości joannitów tworzyły zwarte terytoria, będące rodzajem niezależnego państewka. Tutaj joannici mieli pełną władzę nad ludnością i dużą samodzielność polityczną.

Ziemie joannitów tylko w małej części były uprawiane bezpośrednio przez zakon, przy pomocy braci służebnych i czeladzi. Najczęściej uprawiali ją dzierżawcy, poddani chłopi i niewolnicy, wobec których zakon stosował te same metody ucisku i wyzysku co świeccy feudałowie tego czasu. Dziwić może dziś fakt posiadania przez zakon niewolników. W średniowieczu nie był to jednak wypadek odosobniony. Niewolnicy stanowili w dobrach joannitów na Wschodzie dużą część ludności zależnej i rekrutowali się z podbitych muzułmanów lub z jeńców wojennych. Statuty zakonne zabraniały, bez specjalnej zgody wielkiego mistrza, chrzcić niewolników, bo następstwem chrztu było ich wyzwolenie. Kapituła generalna postanowiła ponadto w 1262 roku, że niewolnik może być tylko wtedy wyzwolony, jeśli złoży sumę, za którą można kupić dwóch lub trzech nowych niewolników.

WYSPA MNICHÓW-ŻEGLARZY



Po upadku Akki i likwidacji Królestwa Jerozolimskiego (1291) joannici przenieśli się na Cypr. Tutaj król Henryk II Lusignan wyznaczył im na główną siedzibę port Limassol. Rycerze zakonni ufortyfikowali miasto i zamienili je na silny port wojenny. Zdecydowani prowadzić dalej walkę z
islamem, zmuszeni byli zmienić taktykę. Dotąd podstawową siłą militarną joannitów była armia lądowa, rozlokowana w zamkach i warownych klasztorach-koszarach. Teraz zakon rozbudował swoją flotę wojenną i operacje morskie stały się głównym rodzajem walki tych mnichów-rycerzy, a właściwie już mnichów-żeglarzy. Niedługo też po osiedleniu się na Cyprze joannici zyskali sławę odważnych piratów.
Ceniono ich bardzo w międzynarodowym bractwie awanturników działających na Morzu Śródziemnym. Już w 1306 roku genueński pirat Yignolo dei Yignoli, który dzierżawił od cesarza bizantyjskiego wyspy Kos i Leros, zaproponował wielkiemu mistrzowi, energicznemu Fulkonowi de Yillaret, wspólną akcję, której celem miał być podbój archipelagu Dodekanezu.
Joannici myśleli wówczas o zdobyciu samodzielnego terytorium. Na Cyprze byli przecież tylko gośćmi króla. Przyjęli więc propozycję Yignoli. Wielki mistrz niezwłocznie udał się do Francji, aby zmobilizować pomoc militarną i finansową. Chciał również uzyskać zgodę papieża na podboje. W tym samym czasie statki joannitów i galery genueńskie lądowały na Rodos, a wojska zakonne rozpoczęły
podbój wyspy, należącej oficjalnie do cesarza bizantyjskiego. Już w listopadzie 1306 roku zdobyto duży zamek Philermo. Samo miasto i główny port wyspy — Rodos, broniło się jeszcze dwa lata. 15 sierpnia 1308 roku Rodos zostało zdobyte. Opanowana wyspa stała się główną siedziba zakonu (1308—1522); była też — obok Cypru — ważnym punktem strategicznym w walkach chrześcijaństwa zachodniego z Turkami. Joannici rozbudowali fortyfikacje miasta i portu Rodos; była to najsilniejsza twierdza we wschodniej części Morza Śródziemnego. Dzięki dochodom z dóbr
europejskich — powiększonych po likwidacji templariuszy posiadłościami tego zakonu — joannici mogli utrzymywać jedną z najsilniejszych flot wojennych na tym obszarze. Okręty zakonne napadały wybrzeża azjatyckie, zwalczały wojenną flotę turecką i grabiły muzułmańskie statki handlowe. Papież Klemens V polecił im nadto (1308) zajmować wszystkie statki europejskich kupców, którzy sprzedawali Saracenom materiały wojenne, a więc broń, żelazo i drewno potrzebne do wyrobu
broni, konie oraz niewolników, koniecznych do uzupełniania armii mameluków. Mogli zatem joannici uprawiać piractwo zupełnie legalnie. Nie trzeba przypominać, że przynosiło to zakonowi duże dochody.

Wiosną 1344 roku joannici wspólnie z Cypryjczykami, wsparci także galerami weneckimi i papieskimi, podjęli dużą akcję przeciw flocie tureckiej, działającej na Morzu Egejskim. W czasie tej kampanii morskiej zdobyto (28 października) turecki port Smyrnę, który pozostał w ręku joannitów ponad pięćdziesiąt lat, aż do 1402 roku, kiedy to inwazja Tamerlana na Azję Mniejszą wyparła rycerzy zakonnych z miasta.

Walki we wschodniej części Morza Śródziemnego toczyły się nieprzerwanie. Joannici nie tylko atakowali, ale często musieli się również bronić. Za rządów wielkiego mistrza Jana de Lastic odparli trzy wyprawy mameluków z Egiptu (1440, 1442, 1444). Najgroźniejszym przeciwnikiem jednak, od połowy XV wieku, było potężne i zaborcze państwo Turków Otomańskich. Sułtan Mehmed II Zdobywca niedługo po sławnym zdobyciu Konstantynopola (1453) próbował wyprzeć z wyspy Rodos
wojowniczych mnichów-żeglarzy (1455). Nowy atak zwycięskiego Mehmeda II, który po podboju Serbii, Grecji, Bośni i Albanii wysłał w 1480 roku na Rodos 100-tysięczną armię, został odparty po trzech miesiącach walk. Wojskami joannitów dowodził wielki mistrz Piotr d'Aubusson. Dopiero w roku 1522 sułtan Sulejman II Wspaniały zdołał opanować ten niebezpieczny u własnych wybrzeży punkt. Po pięciu miesiącach walk i oblężenia przez Turków portu Rodos wielki mistrz Filip Yilliers de IsleAdam poddał się 22 grudnia 1522 roku. Sułtan pozwolił joannitom opuścić wyspę, zabrać skarbiec i archiwum zakonne, okręty i broń.

Galera joannicka

Joannici szybko przystosowali się do nowego otoczenia i wkrótce zasłynęli jako znakomici żeglarze, stając się we wschodniej części Morza Śródziemnego liczącą się siłą. Transformację tę niewątpliwie ułatwiła znaczna ilość Włochów w szeregach Zakonu. Tradycyjnie też Włochem był Admirał, dowodzący flotą jeden z ośmiu wysokich urzędników (tzw. Filarów, piliers) odpowiedzialnych za osiem grup narodowościowych w łonie Zakonu. Poza włoską, były to następujące grupy - lub też, jak je w nomenklaturze zakonnej nazywano, "języki" (langues): angielski, niemiecki, owernijski, prowansalski, francuski, aragoński i kastylijski. Zwyczajowo "Filar" angielski był jednocześnie dowódcą kawalerii, niemiecki (z tytułem Wielkiego Baliwa) odpowiedzialny był za fortyfikacje zakonne, owernijski był jednocześnie Marszałkiem, prowansalski Wielkim Komandorem (i zastępcą wielkiego mistrza), francuski zaś Szpitalnikiem - bo na Rodos wybudowano zaraz wielki szpital. Pilier Aragonii, z tytułem Wielkiego Konserwatora, odpowiadał za logistykę w Zakonie, a "Filar" Kastylii pełnił funkcję Wielkiego Kanclerza. W ten sposób w najwyższych władzach zakonnych reprezentowane były - z wyraźnym podziałem kompetencji - wszystkie "języki", co zaspakajało ich ambicje i umożliwiało sprawne funkcjonowanie tej wielonarodowej organizacji. Piliers zajmowali w kapitule miejsca zaraz za duchownymi, tj. biskupem zakonnym i przeorem stołecznego kościoła. Każdy "język" dzielił się z kolei na kilka wielkich przeoratów (i przeoratów), grupujących terytorialnie i narodowościowo najmniejsze jednostki organizacyjne Zakonu, komandorie. Owych domów zakonnych było wkrótce kilka tysięcy i stanowiły one w miarę autonomiczne ośrodki zarządzające leżącymi w sąsiedztwie dobrami zakonnymi. Niekiedy między przeoratami i komandoriami istniały też struktury pośrednie, zwane baliwatami. Stojący na ich czele baliwowie również zasiadali w kilkudziesięcioosobowej kapitule zakonnej, za biskupem, przeorem konwentualnego kościoła, "Filarami" i wszystkimi wielkimi przeorami.

Ufortyfikowani na swojej wyspie i patrolujący z niej całą wschodnią część Morza Śródziemnego kawalerowie rodyjscy (bo tak ich teraz zaczęto nazywać) stopniowo stali się solą w oku dla potężnego imperium ottomańskiego. Nic też dziwnego, że w sułtanie tureckim dojrzała myśl o eksmisji hardych rycerzy z tak strategicznie położonego miejsca. Pierwszą taką próbę podjął Mahomet II w r.1480. Wielomiesięczne oblężenie Rodos nie dało jednak rezultatu. Bohaterstwo jego obrońców stało się w Europie legendą i spowodowało wzrost szeregów rycerzy św.Jana. Przynależność do Zakonu stała się modna zwłaszcza wśród młodszych, nie dziedziczących braci sławnych rodów rycerskich całej zachodniej Europy.

KAWALEROWIE MALTAŃSCY

Wyparci z Rodos joannici lądowali we Włoszech. Na tymczasową siedzibę papież wyznaczył im miasto Yiterbo w Państwie Kościelnym, położone niedaleko Rzymu. Bliskość kurii papieskiej nie odpowiadała wielkiemu mistrzowi i jego sztabowi — grupie dostojników zakonu. Poszukiwano więc nowego miejsca do założenia głównej siedziby i bazy operacyjnej. Wielki mistrz Filip Yilliers prowadził pertraktacje w sprawie zajęcia Majorki; myślano też o wyspie Korfu i wyspach Hyeres na Morzu Śródziemnym u wybrzeży Francji, a nawet projektowano zajęcie wyspy Wight w kanale La Manche.
W październiku 1530 roku wielki mistrz z rycerzami zakonu lądował na Malcie. Rozpoczął się nowy okres w historii joannitów, zwanych odtąd często kawalerami maltańskimi.

Turcy i berberyjscy korsarze próbowali ich stąd przepędzić. W maju 1565 roku stary sułtan Sulejman II Wspaniały wysłał dużą, 100-tysięczną armię na podbój Malty. Po czterech miesiącach walk wielki mistrz Jan de la Yalette zdołał odeprzeć turecki atak. Ten energiczny mistrz zakonu rozpoczął również budowę potężnej twierdzy, która chroniłaby joannitów przed nagłymi atakami nieprzyjaciela i pozwoliła przetrzymać długie oblężenia. Była to, istniejąca do dziś, Yaletta, główna siedziba zakonu do końca
XVIII wieku. Ufortyfikowana Malta stała się wkrótce jednym z najsilniejszych punktów na Morzu Śródziemnym i główną bazą wypadową korsarzy chrześcijańskich. Zakon pozostał instytucją potężną i bogatą. Wprawdzie na skutek reformacji utracił majątki w Anglii, Niderlandach i protestanckich krajach niemieckich. Kawalerowie maltańscy, po odbyciu obowiązkowego „stażu" na wyspie, wracali do swoich krajów; zatrudniani byli na dworach władców, służyli w dyplomacji, zaciągali się do wojska i marynarki. Rozrzuceni po całej Europie i poza nią członkowie zakonu przesyłali wielkiemu mistrzowi szczegółowe sprawozdania ze swej działalności. Dlatego zakon kawalerów maltańskich był instytucją doskonale zorientowaną w sprawach polityki europejskiej, a wielcy mistrzowie nieraz mieszali się do sporów i konfliktów władców europejskich.

Bogaty i potężny zakon zachował więc swoje wpływy, które zdobył już w średniowieczu. Był też ciągle instytucją atrakcyjną, zwłaszcza dla synów zubożałych rodzin szlacheckich. Zapewniał im bowiem nie tylko dostatnie życie — to dawała też kariera duchowna — ale również możliwość wyżycia się w walce i korsarskich rejsach. Galery maltańczyków krążyły nieustannie po całym Morzu Śródziemnym, napadając i łupiąc statki tureckie, berberyjskie i inne. Ryzyko było zawsze duże. Atakowane statki zdobywano z licznych komandorii zakonu, rozsianych po całej Europie. Kawalerowie maltańscy
znani więc byli na całym Morzu Śródziemnym jako dobrzy żołnierze i żeglarze, okrutni i nieugięci w walce. Na ich okrętach panowała żelazna dyscyplina, dowódcy byli dobrymi fachowcami, doświadczonymi żeglarzami. Dlatego akcje morskie maltańczyków, często ryzykowne, ale pod względem strategicznym przeprowadzane doskonale, zwykle uwieńczone były sukcesem. Sława joannitów przyciągała na Maltę wielu ochotników, którzy tutaj chcieli się uczyć trudnej sztuki walki na morzu. Byli to ludzie z różnych stron Europy, spotykało się wśród nich wielu Szwedów, a nawet Rosjan. Po odbyciu kilkuletniej służby na okrętach maltańczyków wracali oni do służby w marynarce
własnych krajów.

W Europie opowieści o niezwykłych przygodach maltańczyków — rzeczywistych lub zabarwionych fantazją ich autorów — były chętnie czytane i bardzo popularne. Zresztą losy życia niektórych z nich były istotnie dobrym materiałem na ciekawą powieść.

Polacy w Zakonie

W Polsce Zakon św. Jana Jerozolimskiego nigdy nie cieszył się taką popularnością jak w krajach ościennych i na zachodzie Europy. Złożyło się na to szereg przyczyn, z których wymienić można brak masowego uczestnictwa rycerstwa polskiego w ruchu krucjatowym, a w późniejszych czasach także sceptycyzm wobec tego typu organizacji, spowodowany bliskimi kontaktami z Zakonem Najświętszej Marii Panny (Krzyżakami).

Wiele fundacji joannickich w Europie Zachodniej wywiodło się bądĽ z chęci poparcia sił, które walczyły o utrzymanie Grobu Chrystusowego i Królestwa Jerozolimskiego, bądĽ stanowiło formę "wykupienia się" od osobistego uczestnictwa w wyprawach krzyżowych, postrzeganych jako obowiązek chrześcijańskiego rycerza. Wczesnośredniowieczne rycerstwo polskie walczyło zaś dla świata chrześcijańskiego niejako na innym "teatrze wojennym" - broniąc go mianowicie przed poganami od północy i od wschodu.

Pierwsze fundacje joannickie na ziemiach polskich były, co naturalne w zakonie zdominowanym przez rycerstwo francuskie i włoskie, importem właśnie z tych krajów. Jeśli chodzi o najwcześniejszą fundację joannicką na ziemiach polskich - komandorię uposażoną ok. r.1066 przez Henryka Sandomierskiego w Zagości koło Pińczowa w Małopolsce, pewne poszlaki wskazują na jej włoskie pochodzenie. Z kolei fundacja Mieszka Starego w Poznaniu obsadzona była początkowo przez zakonników francuskich, na co wskazuje styl ich kancelarii. Podobnie było na Śląsku.

Niemniej jednak, Polacy należeli zapewne do Zakonu Św. Jana Jerozolimskiego niemal od samego jego początku. W mrokach legendy ginie niejaki Gerland, figurujący w najwcześniejszych przekazach jako joannita z Polski lub Niemiec. W komandoriach zakładanych we wczesnym Średniowieczu na Śląsku okazjonalnie spotykamy imiona brzmiące swojsko, ale nikną one po najeĽdzie tatarskim w r. 1241. Pierwsze zaświadczone imiona joannitów osiadłych w innych komandoriach na terenie Polski mają brzmienie germańskie, co zdaje się świadczyć o ich zdominowaniu w tym czasie (XIII w.) przez rycerzy niemieckich. Z tego zapewne powodu, a także z powodu słabego zaznaczenia się naszego kraju w geografii joannickich posiadłości, od czasu wykształcenia się w Zakonie (za czasów Rajmunda du Puy) podziału terytorialnego, Polska była częścią "języka" niemieckiego, obejmującego swoim zasięgiem całą Europę Środkową i Wschodnią, od Skandynawii po Bałkany. Jest rzeczą naturalną, że tak ogromny i niejednorodny obszar podzielić się musiał na mniejsze jednostki administracyjne, odpowiadające ówcześnie istniejącym regionom. Wśród tak powstałych prowincji, Polska przypadła przeoratowi czeskiemu, którego granice przez całe średniowiecze były płynne, a tytulatura urzędników niekonsekwentna. Mimo, że formalnie nie istniał osobny przeorat Polski, w tytulaturze zakonnej "przeor na Polskę" (łączony z funkcją Wielkiego Przeora Czech) utrzymał się aż do połowy XVI w. W tym czasie na ziemiach polskich funkcjonowała już tylko jedna, i to bardzo uzależniona od króla, komandoria (poznańska), tak więc tytuł ten zarzucono.

Z historią tejże komandorii poznańskiej pokrywa się w zasadzie duża część historii Zakonu św. Jana Jerozolimskiego w Polsce. Joannitów sprowadzono tam do obsługi szpitala-hospicjum dla ubogich i wędrowców, ufundowanego (jeśli wierzyć Długoszowi) dokładnie 6 maja roku 1170 przy kościele pod wezwaniem św. Michała przez biskupa Radwana i księcia Mieszka Starego. Według dokumentu biskupa Benedykta, pochodzącego z przełomu lat 80-tych i 90-tych XII wieku, osiedlenie się tam zakonników nastąpiło to dopiero w r. 1187 i tę też datę większość badaczy przyjmuje za początek domu zakonnego rycerzy św. Jana w Poznaniu. Tym, co zdecydowanie odróżnia komandorię poznańską od innych, w różnych okresach znajdujących się na ziemiach polskich, jest jej żywotność: funkcjonowała ona mianowicie nieprzerwanie przez ponad 600 lat. Fakt takiej ciągłości działania placówki w Poznaniu tym bardziej godny jest odnotowania, że wskutek swojego oddalenia, zarówno geograficznego, jak i kulturowego od siedziby władz zakonnych, a także wskutek specyfiki stosunków panujących w Polsce, konwent poznański utrzymywał ze zwierzchnością raczej luĽne stosunki. Po zlikwidowanej w 1811 r. komandorii w Poznaniu pozostały do dziś: zabytkowy kościółek pod wezwaniem św. Jana, nazwa miejsca - "Komandoria" i dzielnicy - "Malta."

Jak już wspomniano, średniowieczne fundacje joannickie zdominowane były przez rycerzy niemieckich. Również komandorowie poznańscy z tego okresu noszą imiona w większości germańskie. Od XV wieku, za sprawą naszych kolejnych królów, stanowisko to znajduje się wyłącznie w rękach polskich. Przez pewien czas królowie mianują wręcz sami komandorów (i to nie joannitów), dając w ten sposób wyraz niechęci wobec tego, co uważali za obcą ingerencję w wewnętrzne sprawy królestwa. Z dokumentów zdaje się wynikać, że proceder mianowania na stanowisko komandora poznańskiego rozpoczął być może już Władysław Jagiełło. Komandoria poznańska zaliczana wtedy była, podobnie jak stanowiska kościelne, do urzędów którymi królowie nagradzali oddanych sobie ludzi. Wśród komandorów pojawili się w tym czasie urzędnicy, a nawet dygnitarze państwa. Zarówno przeorzy czescy jak i wielcy mistrzowie Zakonu interweniowali wielokrotnie, by odzyskać wpływ na obsadzanie komandorii. Sprawę załatwiono polubownie dopiero w XVII wieku, kiedy to królowie zaczęli mianować na to stanowisko zasłużonych kawalerów maltańskich, będących również do przyjęcia przez wielkich mistrzów. Jak się wydaje, pierwszym polskim królem, który nawiązał poprawne stosunki z Maltą, był Władysław IV: jak dowodzi jego korespondencja, starał się nawet o utworzenie polskiego przeoratu w Zakonie. Polecał on również wielkiemu mistrzowi polskich kawalerów maltańskich, a także życzył powodzenia w walkach z Turkami. Najwięcej jednak korespondował z Maltą Jan III Sobieski; wyprawiając się przeciw Turkom uzyskał to, że sześć miesięcy służby w wojskach polskich miało liczyć się rycerzom jako odbycie "karawany" (obowiązkowego okresu służby niezbędnego do członkostwa w Zakonie), a ci, którzy wystawiliby na przeciąg dwóch lat stu osobowy oddział wojska, mieli uzyskać przywileje kapitanów statków maltańskich i pierwszeństwo w otrzymaniu komandorii.

Pojedynczy kawalerowie maltańscy-Polacy zaczynają pojawiać się w Ľródłach polskich na dobrą sprawę dopiero pod koniec XVI w., a większą ich liczbę przynosi dopiero wiek XVII. Jednakże lektura najwcześniejszego wydania oficjalnego rejestru kawalerów maltańskich (znanego powszechnie jako Ruolo Generale), prowadzonego konsekwentnie niestety dopiero od r. 1555, każe patrzeć na te dane z dużą dozą krytycyzmu. Z pewnością Polacy walczyli często w służbie Zakonu, ale nie wszystkich w jego szeregi musiano przyjmować.

Czy kawalerem maltańskim był Prokop Odrowąż-Pieniążek, wymieniany często jako jeden z pierwszych polskich "maltańczyków," trudno dziś jednoznacznie rozstrzygnąć. Niewątpliwie zaś do Zakonu należał (przyjęty w r. 1563, przypuszczalnie pierwotnie w kategorii braci służebnych) Szymon Łatkowski herbu Poraj, uczestnik walk z Turkami o Maltę w r.1565. Za swoje zasługi otrzymał Łatkowski od Wielkiego Mistrza Jeana de la Valette komandorię poznańską, ale król Zygmunt August nie pozwolił mu jej objąć, gdyż osadził był na niej swego sekretarza, Stanisława Sędziwoja Czarnkowskiego. Nie pomogło wstawiennictwo następnego wielkiego mistrza, Pietra del Monte, a nawet samego papieża. Dla Zakonu komandorię odzyskał dopiero Szczęsny Wojanowski, przyjęty w jego szeregi w r. 1598. Był on komandorem poznańskim w latach 1600-1621.

W rejestrach zakonnych z XVII w., pod rokiem 1604 znajdujemy Piotra Kochanowskiego, tłumacza "Jerozolimy wyzwolonej" Tassa. W r. 1605 przyjęto do Zakonu najsławniejszego naszego "Maltańczyka," komandora poznańskiego z lat 1624-1625, Bartłomieja Nowodworskiego, postać na tyle barwną, że warto jej się przyjrzeć bliżej.

Urodzony około roku 1552, w młodości towarzysz wypraw wojennych księcia Zasławskiego i Stefana Batorego (jeszcze zanim ów został królem polskim), poseł królewski do Konstantynopola, musiał Nowodworski uchodzić z kraju za zabójstwo pokojowca królewskiego. Po dwunastoletnim pobycie we Francji na służbie królów Henryka III i Henryka IV, z listami polecającymi od tego ostatniego udał się w r.1599 na Maltę i odbył w szeregach Zakonu wiele wypraw wojennych. Po powrocie do kraju uczestniczył w wyprawach moskiewskich pod królem Zygmuntem III, specjalizując się niejako w organizacji prac minerskich przy oblężeniach. Został trzykrotnie ranny. W oparciu o idę maltańskie chciał Nowodworski zorganizować w Polsce stałą, 250-osobową kadrę zawodowych dowódców wojskowych, kształcących się w obcych krajach i finansowanych przez utworzone w każdym województwie komandorie maltańskie. Od roku 1611 zgłaszał więc na kolejnych sejmach projekt fundacji, zatytułowany Sposób ćwiczenia szlachty polskiej w dziele rycerskim w wojskach cudzoziemskich przez krzyż św. religiej maltańskiej, w której szczegółowo opisywał organizację wspomnianych komandorii na bazie królewszczyzn. Niestety, ten interesujący projekt nie spotkał się z poparciem sejmu i króla. Nowodworski interesował się również szkolnictwem "cywilnym": w roku 1617 ufundował w Krakowie istniejącą do dziś (jako liceum) szkołę, a także wspierał dotacjami Akademię Krakowską. Komandoria poznańska była jedną z nagród, które sędziwy żołnierz i mecenas otrzymał od króla w uznaniu swoich licznych zasług. Nie cieszył się nią jednak zbyt długo: zmarł w Warszawie w następnym roku, w wieku lat 80.

Pod rokiem 1611 znajdujemy w Ruolo Zygmunta Karola Radziwiłła, następcę Nowodworskiego na placówce poznańskiej. Był on pierwszym z wielu póĽniej Radziwiłłów-kawalerów maltańskich. Piastował on urząd komandora aż do swojej śmierci w Asyżu w r.1642. Radziwiłł był zresztą także pierwszym zwierzchnikiem drugiej z dwóch istniejących w tym czasie w Rzeczpospolitej komandorii, w St(w)ołowiczach na Litwie. Była to "rodzinna" fundacja tego rodu. W tym samym roku co Zygmunta Karola Radziwiłła, do Zakonu przyjęto Bazylego Judyckiego, a w r.1612 Zygmunta Srzedzińskiego. W r.1639 kawalerem maltańskim został bratanek Bazylego Judyckiego Tomasz, a w r.1643 jego brat Mikołaj Władysław. Ci dwaj ostatni byli póĽniej następcami Radziwiłła na komandorii stwołowickiej. O dwa lata wcześniej jako kawalera maltańskiego zarejestrowano w Ruolo Pawła Czarnieckiego z Czarncy, brata hetmana Stefana Czarnieckiego W spisie kawalerów z XVII w. da się jeszcze zidentyfikować tylko bliżej nie znanego Marcina Załuskiego (przyjęty w r. 1682).

Wśród nazwisk kawalerów przyjętych w w. XVIII, w tym samym, pierwszym wydaniu Ruolo Generale z trudem odcyfrować można jeszcze tylko Bartłomieja Ignacego Steckiego, przedostatniego komandora poznańskiego (1741-1780), zarejestrowanego pod rokiem 1741.

Ze swoimi dwoma komandoriami, Polska była dla Zakonu, aż do końca XVII w., krajem peryferyjnym. Zdarzyło się oto jednak, że wskutek szczególnego splotu okoliczności kraj nasz nagle stanął w centrum jego uwagi. A stało się to wskutek zapisu w statutach ordynacji, założonej przez Janusza, księcia Ostrogskiego.

Zaczęło się to wszystko w roku 1609, kiedy to właściciel wołyńskiego Ostrogu uzyskał od Sejmu zezwolenie na utworzenie na swoich ziemiach ordynacji. W dziewięć lat póĽniej, na rok przed śmiercią, książę sprecyzował zasady jej dziedziczenia. W punkcie szóstym zarejestrowanej w aktach Trybunału Lubelskiego dyspozycji znajdowało się postanowienie, w myśl którego, na wypadek wygaśnięcia rodu Zasławskich i uprawnionej do dziedziczenia linii Radziwiłłów (potomków córki i siostry nie mającego syna fundatora) kolejny ordynat miał zostać wybrany przez "Rzeczpospolitą, a w szczególności kler" - a więc Senat. Miał on być pochodzenia polskiego, litewskiego lub ruskiego, wyznania katolickiego i miał być członkiem... Zakonu Maltańskiego. Z dóbr ordynacji miało być wystawionych i utrzymanych 600 żołnierzy, do dyspozycji Rzeczypospolitej.

Los sprawił, że w pół wieku po śmierci ks.Ostrogskiego szósty punkt jego postanowienia nagle nabrał aktualności. W latach 1676 i 1677 o przejęcie Ordynacji dla Zakonu św. Jana starał się na sejmach Kawaler Maltański Hieronim August Lubomirski, komandor stwołowicki i poznański. Kiedy nic nie osiągnął, Wielki Mistrz Perellos zlecił kolejno Kawalerom Samuelowi Proskiemu i w r.1710 Michałowi Dąbrowskiemu (póĽniejszemu komandorowi poznańskiemu) starać się o przejęcie dóbr. Zabiegi ich nie dały rezultatu, gdyż tymczasem Ordynacją poważnie zainteresowali się polscy magnaci, którzy wkrótce rozparcelowali ją między siebie. Rzecznikiem odzyskania Ordynacji dla Zakonu stał się wkrótce wpływowy magnat, August ks. Czartoryski, również kawaler maltański, ale nawet jego starania i poparcie króla Augusta II (zjednanego przez Zakon tym, że jego naturalny syn, ks. Cieszyński, otrzymał z rąk Wielkiego Mistrza de Vilheny Wielki Krzyż), na niewiele się zdały. Ten stan rzeczy trwał do r.1753, kiedy to zbadano sprawy dóbr Ostrogskich i wyszło na jaw, że zostały one podzielone na 11 części, przy czym jednym z największych beneficjentów okazał się być August ks. Czartoryski. Takie rozwiązanie sprawy wywołało wiele protestów wśród tych, którzy na podziale Księstwa Ostrogskiego nie skorzystali, a hetman Branicki, pod pozorem zabezpieczenia interesów Korony (argumentował, że jedynie nie podzielona Ordynacja jest w stanie wystawić potrzebnych krajowi 600 żołnierzy) zajął zbrojnie dobra ostrogskie. Ponieważ w tej sytuacji nawet ta część dóbr, którą otrzymał Czartoryski (a z której Malta miała nadzieję czerpać jakieś zyski) znalazła się w niebezpieczeństwie, Zakon wysłał do Polski swojego ministra pełnomocnego, by na miejscu zorientował się w tej niezmiernie zawikłanej sytuacji i postarał się dla niego uzyskać co się tylko da. Urzędnikiem tym był Wielki Przeor Czech, Emmanuel von Kollowrath. Pojawił się w Warszawie z pompą, która olśniła niewiele o Zakonie dotąd wiedzących polskich magnatów. Zaproponował utworzenie przeoratu polskiego, który pozwoliłby świetnym rodom polskim na czynne uczestnictwo w pracach najświetniejszego rycerskiego zakonu na świecie. Stanowisko swoje sformułował na piśmie, kazał powielić w tysivcu egzemplarzy i rozpowszechnić. Następnie rozdał pięć złotych Krzyży Maltańskich polskim biskupom. Kollowrath nie uzyskał konkretnych rezultatów i zdegustowany powrócił do Pragi, ale pierwszy krok został zrobiony.

Kiedy po pierwszym rozbiorze Polski Zakon znów podjął próbę zaspokojenia swoich roszczeń, jego wysłannik, baliw Sagramoso, trafił na nieco podatniejszy grunt. Stwierdziwszy, że z samymi Polakami ciężko się porozumieć, Kawaler Sagramoso rozwinął kunsztowną akcję dyplomatyczną, w wyniku której uzyskał dla sprawy Zakonu poparcie ościennych (i nie tylko) europejskich dworów, które wywarły delikatny nacisk na króla Stanisława Augusta. Uzyskał też przychylność kilku polskich magnatów, m.in. jednego z Radziwiłłów, a także "właściciela" części dóbr ostrogskich, księcia Adama Ponińskiego, który wyraził chęć zostania zwierzchnikiem mającego powstać przeoratu polskiego. Sagramoso uzyskał też to, że powołano specjalną wysoką komisję do zbadania roszczeń Zakonu Maltańskiego.

14 grudnia roku 1774 Sejm uchwalił zniesienie Ordynacji, jednocześnie udzielając zezwolenia na utworzenie Przeoratu Zakonu Maltańskiego w Polsce z sześcioma komandoriami. Zezwolił także na utworzenie ośmiu dalszych komandorii "rodzinnych" na zasadzie jus patronatus. Wyznaczono pensję przeora (42.000 złp. rocznie) i sześciu komandorów (po 13.000 złp. rocznie), a także określono sumę 120.000 złp., którą Zakon miał otrzymywać rocznie w zamian za zrzeczenie się praw do Ordynacji. Dla nowych, polskich członków Zakonu (w sumie wstąpiło wtedy w jego szeregi 22 Polaków) Sagramoso ustalił konieczność legitymowania się szlachectwem na osiem pokoleń wstecz, zarówno po mieczu jak i po k±dzieli. Dla świeżo upieczonych kawalerów Sendlinger de Rozan wydał wtedy Zbiór krótki wiadomości potrzebnych Kawalerowi Maltańskiemu dla wygody y pożytku przezacnych Familii Królestwa Polskiego y W.X.L. wydany.

Początkowo przeorat polski miał wejść w skład "języka" niemieckiego, ale projekt spotkał się z opozycją ze strony kawalerów niemieckich, którzy musieli się legitymować szlachectwem na szesnaście pokoleń wstecz. Ostatecznie przeorat wszedł w skład "języka" anglo-bawarskiego. Przeorem (pierwszym i zarazem ostatnim) został Adam ks. Poniński.

Mimo że w praktyce faktyczne dochody skarbu maltańskiego z przeoratu polskiego okazały się mniejsze niż przewidywano, Zakon św. Jana zyskał w Polsce nowych członków i zaistniał w powszechnej świadomości polskiej szlachty. Tak więc, aczkolwiek ze znacznym opóĄnieniem, dołączyła Polska do tych krajów Europy, gdzie Zakon Maltański od dawna był doskonale znany i szanowany i gdzie jego członkostwo stanowiło obiekt pożądania synów wielu szlacheckich rodów. Jak na ironię, nastąpiło to w czasie, kiedy Zakon przeżywał ostry kryzys tożsamości, przypieczętowany już wkrótce odebraniem mu Malty przez Napoleona.

Drugi rozbiór Polski w r.1793 położył praktycznie kres istnieniu przeoratu polskiego. Wołyńskie dobra, na których Zakon miał zabezpieczone dochody znalazły się w granicach Rosji. Paweł I, jako protektor Zakonu przyjął na siebie zobowiązanie dalszego wypłacania należnych sum. W utworzonym przez niego (na wzór przeoratu polskiego) katolickiego Wielkiego Przeoratu Rosji znalazło schronienie wielu kawalerów polskich. Za jego czasów powstał na Kresach szereg nowych polskich komandorii typu jus patronatus.

Flirt Rosji z Maltą nie trwał długo. Ukaz Aleksandra I z r.1811 zlikwidował praktycznie komandorie patronackie, a postanowieniem z r. 1817 car de facto zlikwidował Katolicki Wielki Przeorat w Rosji; mimo to, przyjmowano do niego nadal - i to wręcz masowo - nowych polskich członków. Znane są nazwiska 80 kawalerów maltańskich-Polaków przyjętych do tego przeoratu w latach 1800-1821. Powtarzają się w tym spisie historyczne nazwiska Sapiehów, Lubomirskich, Czartoryskich, Potockich i Czetwertyńskich. Potem Polacy z zaboru rosyjskiego wstępowali nadal do Zakonu Maltańskiego - tyle, że przyjmowani byli do Zakonu głównie na zasadzie in gremio religionis, tj. poza zorganizowanymi strukturami zakonnymi.

Polacy z zaboru pruskiego wstępowali do Związku Śląskich Rycerzy Maltańskich z siedzibą we Wrocławiu, a z austriackiego - do Wielkiego Przeoratu Czesko-Austriackiego. Rocznik Szlachty Polskiej Jerzego Dunin-Borkowskiego z lat 1881 i 1883 wymienia łącznie 54 nazwiska polskich członków Zakonu, a Ruolo Generale z lat 1871-1903 łącznie 79 różnych kawalerów maltańskich-Polaków, z czego 48 będących członkami w latach 1900-1903.

Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości, z inicjatyw± powołania narodowej polskiej organizacji maltańskiej wystąpił Alfred Chłapowski, ziemianin z Wielkopolski, członek wspomnianego Związku Śląskich Rycerzy Maltańskich. Pierwszym Prezydentem nowej organizacji został jednak ks. Ferdynand Radziwiłł. Do oficjalnego uznania Związku Polskich Kawalerów Maltańskich przez władze zakonne w r. 1927 doprowadził Wielkopolanin Bogdan hr. Hutten-Czapski, który był następnie jego Prezydentem aż do swojej śmierci w r.1937. Do II Wojny Światowej przez ZPKM przewinęło się około 100 osób. Lata wojny przyniosły ze sobą przerwanie ciągłości funkcjonowania Związku, którego członkowie w 1/3 zmarli, zginęli, zaginęli lub zostali zamordowani i w 1/3 wyemigrowali. Organizacja odrodziła się on dopiero w r. 1948 na obczyĽnie, gdzie nowym Prezydentem wybrano przybranego syna Bogdana Hutten-Czapskiego, Emeryka, który zresztą doszedł w Zakonie Maltańskim do wysokiej godności Kanclerza. Następcami Emeryka hr. Hutten-Czapskiego byli kolejno: Władysław hr. Poniński, Jan hr. Badeni i Władysław hr. Tarnowski. To za tych dwóch ostatnich Prezydentów rozpoczął się "powrót" polskich kawalerów maltańskich do kraju, uwieńczony zawarciem przez Polskę i Zakon stosunków dyplomatycznych w 1991 r. Symbolicznym przypieczętowaniem zaś tego "powrotu" był wybór na Prezydenta, w listopadzie 1997, po raz pierwszy po wojnie kawalera maltańskiego mieszkającego w Polsce - Juliusza hr. Ostrowskiego. Organizacja zrzesza obecnie ponad 130 osób, z czego ok. 40% zamieszkałych w kraju.

Wielcy Mistrzowie:

Raymund du Puy - 1120-1160
Oger (Auger) de Balben - 1160-1162
Arnold de Comps - 1162-1163
Gilbert d’Assailly - 1163-1170 (zrezygnował z urzędu, zmarł 1183)
Gaston (Caste) de Murols - 1170-1172
Gerard Jobert - 1172-1177
Roger de Les Moulins - 1177-1187
Armengaud d’Aspe - 1188-1190
Warner de Milly de Naplouse - 1190-1192
Geoffrey de Donjon - 1193-1202
Alfons z Portugalii - 1203-1206
Geoffrey le Rat - 1206-1207
Garin de Montaigu - 1207-1227
Bertrand de Thessy - 1230-1231
Guerin (de Montacute) - 1231-1236
Bertrand de Comps - 1236-1239
Piotr de Vieille-Bride – 1239-1241
Wilhelm de Chateauneuf –1241-1258
Hugo (Hugh) de Revel – 1258-1277
Mikołaj Lorgne – 1277-1283
Lan de Villiers – 1285-1293
Odo des Pins – 1294-1296
Wilhelm de Villaret – 1296-1304
Fulko de Villaret (brat poprzedniego w. mistrza) – 1305-1319
Helion de Villeneuve – 1319-1346
Dieudonne de Gozon – 1346-1353
Piotr de Corneillan - 1353-1355
Roger de Pins – 1355-1365
Raymund Berengar – 1365-1374
Robert de Juilly